Planowaliśmy wyjazd na wybrzeże Amalfi już od kilku miesięcy. Żona chciała zobaczyć te słynne pastelowe domki pnące się po zboczu, dzieci (oczywiście) najchętniej spędziłyby cały dzień na plaży. Ja? Po prostu chciałem tam być i zobaczyć czy to naprawdę tak wygląda jak na zdjęciach.
Stoimy więc na parkingu nad miastem (znaleźliśmy miejsce po jakichś 20 minutach kręcenia się) i patrzymy w dół na Amalfi. I wiesz co? Zdjęcia w internecie to jedno, ale widok na żywo to zupełnie inna bajka. Te kamieniczki rzeczywiście tworzą coś w rodzaju amfiteatru schodzącego do morza. Córka od razu wyciągnęła telefon żeby robić fotki.
Pierwsze wrażenia
Zeszliśmy schodami (jest ich sporo, ale da się przeżyć) w stronę centrum. Uliczki wąskie, pełne ludzi – no tak, sierpień. Ale atmosfera… Zapach cytryn miesza się z tym specyficznym zapachem morza, słychać włoską muzykę z kawiarni, wszędzie kolorowe ceramiki i pamiątki.
Syn natychmiast zauważył lodziarnie. No i musieliśmy. Limoncello gelato – jak tu przyjechać i nie spróbować? Stanęliśmy przy fontannie w centrum i jedliśmy te lody patrząc na katedrę Sant’Andrea. Imponująca budowla, naprawdę. Te schody prowadzące do wejścia wyglądają efektownie, zwłaszcza z perspektywy placu.
Właściwie to nie planowaliśmy dokładnie co gdzie zwiedzać. Czasem lepiej się po prostu przejść i patrzeć.
Katedra i okolice

Weszliśmy do katedry. Wejście kosztuje kilka euro (nie pamiętam dokładnie ile, ale coś w okolicach 3 euro od osoby). Wnętrze jest piękne – złote ozdoby, malowidła, ten charakterystyczny włoski styl. Dzieci były pod wrażeniem krużganków. Te białe kolumny i ten spokojny dziedziniec to fajny kontrast z zatłoczonym placem przed katedrą.
Spędziliśmy tam może 40 minut. Żona przeczytała że gdzieś tu są relikwie św. Andrzeja, ale szczerze mówiąc nie byliśmy pewni gdzie dokładnie – trochę się zagubiliśmy w tych wszystkich kaplicach i przejściach. No ale cóż, zwiedzanie z dziećmi nie polega na czytaniu każdej tabliczki informacyjnej.
Po wyjściu usiedliśmy na chwilę na schodach katedry. Ludzie przechodząc i robili zdjęcia, a my po prostu odpoczywaliśmy. Syn kupił sobie jakąś lemoniadę – drogo (chyba z 4 euro), ale lato, turystyczne miejsce, trudno się dziwić.
Spacer po miasteczku

No i zaczęliśmy wędrować tymi wąskimi uliczkami. Amalfi to nie jest duże miasto – da się je obejść spokojnie w kilka godzin. Ale warto się troszkę zabłądzić. Weszliśmy w jakąś boczną uliczkę gdzie było mniej turystów i znaleźliśmy małą ceramiczną pracownię. Starszy pan robił te kolorowe talerze i miski z motywami cytryn. Rozmawialiśmy chwilę po angielsku (jego był lepszy niż nasz włoski, co niewiele znaczy), opowiadał o swojej rodzinnej tradycji. Kupiliśmy mały talerz – mamy go teraz w kuchni.
Właściwie to ta spontaniczność jest fajną częścią zwiedzania. Gdybyśmy tylko chodzili po głównych punktach z przewodnika, pewnie byśmy tego nie zobaczyli.
Zatrzymaliśmy się jeszcze przy kilku sklepikach z limoncello. Wszystkie wyglądały mniej więcej tak samo, wszędzie te żółte butelki i zaproszenia do degustacji. Spróbowaliśmy w dwóch miejscach (dzieci dostały soki) – wyraźna różnica w smaku. Jeden był słodszy, drugi bardziej cierpki. Żona kupiła jedną butelkę, teraz stoi u nas i pewnie będzie stała jeszcze rok.
Marina Grande i plaża

Zeszliśmy w końcu nad morze. Marina Grande to taka niewielka przystań z kolorowymi łódkami i kilkoma restauracjami. Widok ładny, atmosfera wakacyjna. Dzieci od razu poszły nad wodę, my z żoną usiedliśmy na chwilę na murku.
Plaża w Amalfi jest… no cóż, niewielka. Kamienista. Pełna ludzi. Nie będę ukrywał że spodziewałem się czegoś innego, ale z drugiej strony – to nie Karaiby, tylko włoskie wybrzeże. Leżaki i parasole można wynająć, ale ceny turystyczne (około 20-25 euro za zestaw). My nie zostaliśmy długo – syn wszedł do wody na 10 minut i wyszedł bo było zimno (mimo sierpnia). Córka wolała robić zdjęcia.
Woda jest czysta, to trzeba przyznać. Ale jeśli planujesz plażowanie – może lepiej wybierz się do Positano czy gdzie indziej wzdłuż wybrzeża. Tu raczej spacery i zwiedzanie niż leżenie na plaży.
Lunch z widokiem
Około południa zrobiliśmy sobie przerwę na jedzenie. Wybraliśmy restaurację z widokiem na morze – no bo jak tu nie skorzystać. Menu turystyczne, ceny odpowiednio wysokie (pizza margherita około 12-14 euro, pasta podobnie). Zamówiliśmy różne rzeczy: ja miałem spaghetti alle vongole, żona jakąś rybę, dzieci pizze.
Jedzenie było dobre, szczególnie te małże. Obsługa miła, choć trochę zabiegana (no ale sezon). Siedzieliśmy tam może z godzinę, w cieniu, z lemoniadami i wodą. Córka narzekała że jest za gorąco, syn że chce lody (znowu). Normalna rodzinna atmosfera.
Z tarasu restauracji widać było cały ten amfiteatr domów i góry w tle. Rzeczywiście pięknie, warto było przyjechać chociaż dla tych widoków.
Valle delle Ferriere

Po lunchu miał być spokojny spacer, ale syn znalazł w folderze informację o jakiejś dolinie z wodospadami niedaleko miasta. No i oczywiście chciał tam iść. Żona patrzy na mnie, ja na nią – w takim upale? No ale dobra, spróbujmy.
Szlak zaczyna się gdzieś za miastem (trzeba trochę pochodzić żeby znaleźć początek). Początkowo łagodnie pod górę, potem zaczyna się prawdziwa wspinaczka. Po 20 minutach dzieci narzekały, po 30 minutach ja narzekałem. Ale widoki faktycznie ładne – spojrzenie w dół na Amalfi z góry to inna perspektywa.
Zapomnieliśmy zabrać dużo wody. Błąd. Na szczęście spotkaliśmy jakąś rodzinę schodzącą w dół i powiedzieli że wodospad jest jeszcze jakieś 40 minut dalej. Zdecydowaliśmy że wystarczy nam ten kawałek – zrobiliśmy kilka zdjęć i zawróciliśmy. Czasem trzeba wiedzieć kiedy odpuścić.
Schodzenie w dół było szybsze, ale kolana protestowały (moje i żony, dzieci oczywiście biegły). Wróciliśmy do miasta zmęczeni ale zadowoleni. Córka mówiła że to była jej ulubiona część dnia. No to się udało.
Jak się tam dostać
Przyjechaliśmy z Neapolu. Wypożyczyliśmy samochód na lotnisku i jechaliśmy tą słynną drogą wybrzeża – SS163. Ta droga to osobna przygoda. Wąska, kręta, po jednej stronie góra, po drugiej przepaść i morze. Piękne widoki, ale też stresujące – mijanie się z autobusami czy ciężarówkami wymaga nerwów. Jechaliśmy może półtorej godziny ale czuliśmy się jakby trzy.
Parking w Amalfi… no właśnie. Są jakieś parkingi na obrzeżach miasta, płatne (około 3-5 euro za godzinę). My znaleźliśmy miejsce po pewnym czasie na parking Lungomare dei Cavalieri. Stamtąd było może 10 minut spaceru do centrum.
Można też dojechać autobusem SITA z Salerno czy Neapolu – tańsze, ale autobusy są pełne i jeździ się długo. Z dziećmi wybraliśmy samochód mimo stresu.
Kilka praktycznych uwag
Amalfi latem to tłumy. Jeśli możesz, przyjedź rano przed 10:00 albo popołudniu po 16:00 – będzie spokojniej. My byliśmy w sam środek dnia i wszędzie pełno ludzi.
Wygodne buty to podstawa – wszędzie schody, bruk, nierówne nawierzchnie. Żona miała sandały na płaskiej podeszwie i było okej, ale widziałem turystki w szpilkach i współczułem.
Woda do picia – weź własną butelkę bo w sklepach turystycznych ceny są wyższe. Może 3-4 euro za pół litra.
Toalety – są publiczne przy plaży, ale płatne (około 1 euro). Niektóre restauracje pozwalają skorzystać jeśli coś kupisz.
Z Amalfi można łatwo pojechać do Positano, Ravello czy innych miejscowości wzdłuż wybrzeża. Busy kursują regularnie. My zostaliśmy tylko w samym Amalfi, ale podobno Positano jest równie piękne (a może nawet bardziej).

Warto czy nie warto?
Wracając do samochodu byliśmy zmęczeni, spoceni, trochę czerwoni od słońca. Dzieci narzekały że bolą je nogi. Ale jak pytam czy warto było – wszyscy mówią że tak.
Amalfi jest piękne. Te widoki, ta architektura, ten włoski klimat – to trzeba zobaczyć na własne oczy. Zdjęcia nie oddają tej atmosfery. Tak, jest drogo. Tak, jest tłoczno. Tak, czasem męcząco. Ale mimo wszystko warto.
Czy wrócę? Pewnie tak, ale chyba jesienią albo wiosną – poza sezonem. I może zostanę na dłużej, nie tylko jeden dzień. To miejsce ma w sobie coś magicznego mimo wszystkich turystycznych niedogodności.
Spędziliśmy tam jakieś 6 godzin w sumie (z przerwami na jedzenie). Można zostać krócej, można dłużej – zależy co chcesz zobaczyć. Jeśli planujesz tylko przejść się po centrum i zobaczyć katedrę – 3 godziny wystarczą. Jeśli chcesz też coś zjeść, posiedzieć, może pójść na krótki spacer – zaplanuj pół dnia.
Moja ocena? Daję 8 na 10. Piękne miejsce, warte odwiedzenia, ale przygotuj się na turystyczny chaos i niemałe wydatki. A jednak polecam każdemu kto planuje wycieczkę do Włoch.
Już teraz syn pyta kiedy jedziemy następnym razem. A córka dodała Positano do listy miejsc które chce zobaczyć. No to chyba wrócimy na wybrzeże Amalfi prędzej niż myślałem.