Każda rodzina ma swoje podróżne rytuały. U nas jest ich kilka, ale jeden jest nienaruszalny: jeśli w mieście, do którego jedziemy, jest targ staroci, pchli targ albo chociaż mały bazar z rupieciami, to moja żona tam będzie. Nie ma znaczenia, czy to Rzym, Budapeszt czy Kraków. Ja w tym czasie pilnuję dzieci, kupuję kawę i udaję, że wcale nie liczę, ile kilogramów dojdzie nam do bagażu.

Nie ukrywam, że na początku trochę mnie to bawiło. Dziś sam łapię się na tym, że w nowym mieście pierwszy sprawdzam, czy w weekend jest jakiś pchli targ. No i tak właśnie trafiliśmy na historię, o której chcę dziś napisać. Z ostatniego wyjazdu do Gdyni przywieźliśmy bowiem pamiątkę, która przebija wszystkie magnesy na lodówce razem wzięte.

Skąd u niej ta miłość do starych rzeczy

Żona mówi, że to wina babci. Babcia trzymała w kredensie pudełko po czekoladkach pełne starych pocztówek, a w szafie stało kilka książek, których nikt nie miał prawa ruszać bez babci. Jedną z nich był album o Tatrach z czarno-białymi zdjęciami.

W podróży działa to u niej bardzo prosto. Muzea są fajne, zabytki też, ale na targu staroci widać, jak ludzie w danym miejscu naprawdę żyli. Stare szklanki, kalendarze, szyldy, pocztówki pisane do kogoś pięćdziesiąt lat temu. Tego nie ma w żadnej gablocie.

I jeszcze jedno. Ona nie kupuje byle czego. Potrafi przez dwie godziny chodzić między stoiskami i wyjść z pustymi rękami. A potem nagle zatrzymuje się przy jakimś pudle z książkami i już wiem, że chwilę postoimy.

Nasze ulubione targi staroci z podróży

Najlepiej wspominamy chyba niedzielny Porta Portese w Rzymie. Ogromny, głośny, trochę chaotyczny, z ciuchami, porcelaną, starymi meblami i pudłami rupieci pomieszanymi w jedno. Żona wyszła stamtąd z kompletem ręcznie malowanych kafelków, które do dziś wiszą u nas w kuchni. Ja wyszedłem z przekonaniem, że o 7 rano w niedzielę Rzym jest zupełnie innym miastem niż w południe. Swoją drogą, sam targ to świetny punkt, jeśli planujecie zwiedzanie Rzymu za darmo, bo wstęp nic nie kosztuje, a oglądać można godzinami.

W Budapeszcie była Ecseri, dość daleko od centrum, ale warto. Tam jest poważniej: porcelana, meble, militaria, stare zegary. Ceny też poważniejsze. Żona kupiła tylko kilka pocztówek z widokiem na Dunaj i była zachwycona.

Polecamy:  Jod nad morzem jesienią i zimą - ile go naprawdę jest nad Bałtykiem po sezonie i po co jechać

W Berlinie trafiliśmy na pchli targ w Mauerpark. Tam akurat więcej jest młodych ludzi, muzyki i jedzenia niż starych skarbów.

No i nasz Kraków. Niedzielny targ przy Hali Targowej na Grzegórzeckiej to klasyk, byliśmy tam wiele razy. Małe stoliki, starsi panowie z medalami i odznakami, stosy książek po kilka złotych. Tam żona nauczyła mnie, że najlepsze rzeczy leżą na samym dole pudła.

Gdynia i niedzielny targ staroci

Do Gdyni pojechaliśmy pod koniec wakacji. Plan był prosty: plaża, bulwar, trochę muzeów. Pierwsze dwa dni lało, więc siedzieliśmy głównie pod dachem. Dobrze, że Gdynia to miasto, w którym da się to zrobić ciekawie, pisałem o tym zresztą osobno w tekście co robić w Gdyni, gdy pada. W niedzielę wreszcie wyszło słońce. I, jak się łatwo domyślić, żona miała już plan na poranek.

Wypatrzyła wcześniej, że w niedzielę jest targ staroci. Przyszliśmy przed dziesiątą, a między stoiskami było już tłoczno. Szkło z PRL-u, stare radia, marynarskie czapki, szyldy, płyty winylowe, całe kartony pocztówek. Dzieciaki na starcie dostały po 10 zł do wydania i od razu zniknęły przy stoisku z resorakami.

Żonę znalazłem po kwadransie pod jednym z namiotów. Stały tam skrzynki z książkami, segregatory ze starymi pocztówkami z Pomorza i kilka albumów w foliowych okładkach. To stoisko wystawił lokalny antykwariat Gdynia, który na co dzień sprzedaje głównie przez internet. Pan przy stoisku mówił, że na targi przywozi tylko wybrane rzeczy, najlepiej takie związane z Trójmiastem, bo to one schodzą najszybciej.

Po chwili dołączyły dzieci. Córka przeglądała pocztówki z Tatr i Ciechocinka, syn pokazywał wszystkim swojego resoraka za 8 zł. Żona w tym czasie przeglądała pudło po pudle, aż wyciągnęła niewielki składany albumik w wyblakłej okładce i powiedziała tylko: „No i mam”.

Album, który teraz leży na naszym stole

To, co znalazła, to „Wybrzeże polskie. Gdynia” Leonarda Durczykiewicza, wydane w 1929 roku. To nie jest gruby album w twardej oprawie, tylko mały albumik harmonijkowy: składane zdjęcia, które po rozłożeniu ciągną się przez pół stołu. Durczykiewicz miał zakład fotograficzny przy Starowiejskiej i fotografował Gdynię, kiedy ta dopiero rosła. Wcześniej zasłynął albumem o dworach w Wielkopolsce, więc wiedział, co robi z aparatem.

Polecamy:  Triest — co zobaczyć? Atrakcje i okolica

Na zdjęciach jest Gdynia sprzed prawie stu lat. Port w budowie, molo, plaża pod Kamienną Górą, pierwsze kamienice i sporo pustej przestrzeni tam, gdzie dziś stoją bloki i biurowce. Nie ma jeszcze Dworca Morskiego, nie ma Daru Pomorza, który przypłynął do Gdyni rok później. Dla mnie to było największe zaskoczenie: to miasto w 1929 roku bardziej przypominało plac budowy niż port.

Kosztował 240 zł. Nie ukrywam, że przy tej kwocie spojrzałem na żonę trochę dłużej, ale szybko policzyłem, że to się opłaca. Teraz, jak kupię sobie nowego Gothica, nie będzie mogła powiedzieć ani słowa. Mam to nawet przećwiczone: „Kochanie, to jest sztuka nowoczesna”. Takie harmonijki rzadko przetrwały w całości, bo ludzie je rozkładali, wyrywali pojedyncze zdjęcia albo wysyłali dalej jak pocztówki. Ten był kompletny. Antykwariusz sam pokazał jej, że jedno zagięcie jest lekko naderwane, a na okładce ktoś ołówkiem zapisał datę. Takie rzeczy lubię, bo od razu wiadomo, z kim się rozmawia. Albumik wrócił z nami do apartamentu w papierowej kopercie, a żona niosła go przez cały bulwar jak coś bardzo kruchego. Bo w sumie jest.

Pomyślałem sobie przy tym, że ten album świetnie uzupełnia to, co widzieliśmy w Muzeum Historii Gdyni. W muzeum dostajesz całą opowieść o mieście, a tu masz ją w domu i możesz do niej wracać przy herbacie. Szczerze polecam taki sposób na pamiątkę, szczególnie jeśli jeździcie z dziećmi. Magnes na lodówce nie wywołuje takich rozmów.

Jak moja żona szuka takich perełek

Przez lata wypracowała kilka zasad. Spisuję je, bo sam dostałem je w wersji ustnej już chyba sto razy, a może komuś się przydadzą.

Najpierw sprawdza, czego szuka w danym miejscu. Nie jedzie „na starocie” ogólnie. W Gdyni chciała coś o samym mieście, w Budapeszcie pocztówki z Dunajem. To bardzo zawęża poszukiwania i oszczędza czas, szczególnie z dziećmi, które po godzinie na targu mają dość.

Polecamy:  Lądek Zdrój – co warto zobaczyć?

Ogląda stan, a nie tylko okładkę. Przy starych książkach patrzy na kilka rzeczy: czy jest obwoluta (przy albumach często to ona robi dużą część wartości), czy blok się nie rozsypuje, czy nie ma luźnych kart, czy papier nie jest kruchy i mocno pożółkły. Pieczątki biblioteczne i dedykacje traktuje różnie. Zwykle obniżają wartość, ale czasem dedykacja jest akurat najciekawsza w całej książce.

Przy zakupie przez internet prosi o dodatkowe zdjęcia. Dobry sprzedawca nie ma z tym problemu i sam napisze, co jest nie tak, na przykład że grzbiet był klejony albo brakuje jednej tablicy. Jeśli ktoś unika odpowiedzi, żona po prostu odpuszcza.

Ustawia powiadomienia. Na tytuły, których szuka od lat, ma ustawione alerty w kilku serwisach z antykwariatami. Czasem coś pojawia się po miesiącach i wtedy trzeba reagować szybko, bo rzadkie wydania znikają w jeden dzień.

Porównuje ceny. Zanim kupi coś droższego, sprawdza, za ile ten sam tytuł schodził gdzie indziej. Przy albumach wydawanych też za granicą warto zajrzeć do zagranicznych serwisów, bo różnice potrafią być spore.

Ja od siebie dodam jedną rzecz. Warto kupować od ludzi, którzy się na tym znają. Na pchlim targu jest urok i emocje, ale kiedy chodzi o konkretną, starą książkę, sprawdzony antykwariat daje spokój. Wiesz, co dostajesz, i nie przepłacasz za egzemplarz, który po otwarciu rozpadnie się na kawałki.

Starocie jako sposób na zwiedzanie

Kiedy o tym myślę, to te wszystkie targi i antykwariaty nauczyły nas patrzeć na miasta trochę inaczej. Nie tylko przez listę atrakcji, ale przez rzeczy, które zostały po ludziach. Gdynię z albumu znamy już chyba lepiej niż tę współczesną.

Na razie żona planuje kolejny wyjazd, a ja już wiem, że pierwsze pytanie brzmi: „a kiedy tam jest targ staroci?”. Może tym razem wrócimy do Gdyni, z albumem w plecaku, i zrobimy z dzieciakami spacer po miejscach ze zdjęć. Córka już zapowiedziała, że będzie robić zdjęcia z tych samych miejsc, żeby porównać. Brzmi jak dobry plan na kolejny wpis.